Kingdoms of Amalur: Reckoning to chyba jednak crap

Posucha w branży growej pomalutku się kończy i zaczynają pojawiać się tytuły, z którymi każdy szanujący się gracz powinien się co najmniej zapoznać.

Wylądowało więc w moim Xboksie demo szumnie zapowiadanego Kingdoms of Amalur: Reckoning… niestety, nie wytrwałem przy nim zbyt długo.

Zanim pozwolono mi zagrać, zostałem zmuszony do akceptacji dwóch ogromnych objętościowo licencji. Na trzecie pytanie “tak / nie” już nie wyraziłem zgody. Gra chciała coś wysyłać do twórców. Dziękuję, postoję, nie mam zamiaru być czyimś testerem. Na koniec poinformowano mnie o trzech, jak znam życie kompletnie bezużytecznych przedmiotach, które dostanę jak kupię Mass Effect 3 oraz pełną wersję ogrywanego właśnie Amalur. LITOŚCI!

Rozpocząłem rozgrywkę i szybko się okazało, że ten piękny, baśniowy świat oferuje fabułę głębokości przeciętnego brodzika pod prysznic. Do tego wszystko prezentuje się bardzo ubogo od strony graficznej i wygląda mniej więcej jak pecetowe tytuły sprzed 6 lat. Skłonny jestem wybaczyć ten występek bo przecież liczy się zabawa, a gra działa płynnie. Jakby tego było mało, interfejs oraz poszczególne menusy, tworzyli zapewne jacyś studenci na praktykach dlatego pominę je milczeniem (żeby zmienić oręż trzeba przeklikać się przez 3 warstwy opcji!)

Zniesmaczony takim obrotem sprawy, stworzyłem jednak bohatera i rzuciłem się w świat, który mimo wszystko chciałem poznać bliżej. Możliwość wykreowania prawdziwego brzydala z wąsami i tatuażem na twarzy poprawiła mi nieco humor. Do tego, dość szybko okazało się, że sama mechanika walki oraz możliwe do wykonania ruchy są nie tylko efektowne, ale dają pewną satysfakcję. Jedynie te delikatne “pauzy” animacji przy trafieniach, rodem z japońskich bijatyk, ciut zbiły mnie z tropu. Okazało się też, że twórcy z 38 Studios pozwolili nam się skradać, zadawać ciosy sztyletami i władać magią. A to wszystko już w samouczku! Dopiero później możemy zdecydować w jaki sposób chcemy siać pożogę wśród wrogów. Chwali się.

Szedłem więc przez wąskie korytarze i siekałem rycerzy, pająki oraz inne plugastwa, która nawinęły się pod ostrze. Tak minęło mi kilkanaście minut dema podczas których nauczyłem się korzystać z ekwipunku, poznałem sterowanie i obejrzałem kilka przeciętnych cut-scen. Przy okazji, czy w 2012 roku, nie da się zrobić gry, w której podczas dialogu będzie ruszało się coś poza twarzą naszego rozmówcy!? To już pierwszy Wiedźmin prezentował się pod tym względem lepiej.

Wspominałem o gównianej kamerze zawieszonej zbyt nisko, za plecami naszego protagonisty? Nie? W takim razie czujcie się ostrzeżeni.

Mój poziom tolerancji (a wiedzcie, że toleruję wiele) został przekroczony gdy gra ze znanych tylko sobie powodów postanowiła, że nie będzie odgrywała dialogów z NPC’ami, a odpowiedzi w rozmowach pozwoli mi wybrać tylko wtedy gdy będzie miała na to ochotę. Z jakiegoś jednak powodu dalej chciałem w to grać. Głównie przez to, że jest tu bardzo dobrze przemyślane zbieranie tzw. “lootu”. Zanim podniesiemy fanta możemy go obejrzeć, porównać z założonym ekwipunkiem albo od razu wrzucić do worka na śmieci, który potem sprzedamy hurtem. Wygodne.

Skończyłem wstęp, rozejrzałem się chwilkę po otaczającej przestrzeni, popatrzyłem litościwie na leżących w bezruchu tu i ówdzie NPC… i nagle powiało taką nudą, że wyłączyłem. Nie wiem czy wrócę prędko do tej gry, tym bardziej, że bardzo podobny Dungeon Siege III sprawiał wrażenie dużo lepszego tytułu. Demo zniechęciło mnie do zakupu w dniu premiery, może kiedyś… za stówkę…

Notki

  1. sirmikeorg opublikował(a) to